Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozieradka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozieradka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 listopada 2012

Kozieradka działa cuda

...przynajmniej u mnie. Ale może zacznę od początku.


Pierwszy raz o kozieradce przeczytałam u Kasi kascysko. Najpierw o dobroczynnym wpływie na włosy KLIK a potem na cerę KLIK.
Zaczęłam od włosów. Poszłam tropem Kasi- zalewam łyżkę kozieradki niecałą szklanką wrzącej wody, czekam aż się zaparzy, potem ostygnie i...działam :) można to jeszcze odcedzić ale ja tego nie robię.  Powstaje żółtawy płyn o zapachu bulionu tudzież Maggie :) kojarzy mi się nieco z olejem Tamanu. Płyn trzymam w lodówce. Oprócz tego że stoi sobie tam w moim kolorowym kubeczku to spełnia jeszcze jedną rolę. Bardzo ważną. Ważniejszą od samego stania w lodówce. Sięgam po napar kozieradkowy dzień w dzień. Wcieram go zaraz po umyciu włosów w skórę głowy. Jest to płyn więc w żaden sposób nie obciąża włosów. I tak sobie chodzę do następnego następnego mycia.
Po tygodniu stosowania, z ręką na sercu, jak bum cyk cyk, mówię prawdę- zauważyłam efekty. Nieśmiało ale skutecznie, moje włosy zaczęły zaprzyjaźniać się ze skórą głowy i pozostawały z nią w symbiozie coraz dłużej. Przestały wypadać, może nie całkiem ale w odpływie umywalki czy na poduszce jest ich o jakieś 2/3 mniej. A uwierzcie, wypadały bardzo. Na skroniach miałam już przerzedzenia, łzy w oczach i rozpacz w sercu. Ale to tylko wspomnienia, te przedkozieradkowe.
I wiem, że włosów nie muszę obcinać na krótko. Po horrorze z końca lipca po raz pierwszy jestem zadowolona z moich włosów i choć do ideału im jeszcze daleko to zaczynam wreszcie wierzyć że  kiedyś, może już wkrótce ten stan osiągnę. I moje włosy będą na medal :)

Ale kozieradka nie ratuje tylko włosów. Działa też pozytywnie na moją kapryśną niczym dwuletni rozpuszczony berbeć cerę. Przygotowuję napar- łyżeczkę kozieradki zalewam niewielką ilością wrzątku i powstaje takie żółte gęstawe coś. Po ostygnięciu i odstaniu na wierzchu mamy płyn a na dnie ciapę. Płyn stosuję jako tonik i przemywam nim twarz dwa razy dziennie.  A tym żółtym maziowatym traktuję nieproszonych gości- pac na dziada i zostawiam na noc. Zapytacie o efekty- przyrównałabym działanie kozieradki do magika który jednym szybkim ruchem wyciąga królika z kapelusza. Już na drugi dzień  niespodzianki bledną, marnieją, znikają. Cera jest jednolita i tak łatwo się nie poddaje kolejnym atakom obcych. 
Odstawiłam gotowe toniki, odstawiłam inne specyfiki. Teraz kozieradka, dwa kremy i olejek z drzewa herbacianego.

Kocham kozieradkę ♥. I Kascysko ♥

Przy okazji tych zachwytów wrzucam moją włosową aktualizację- zaraz po hennowaniu orzechowym brązem. 
 
 
Jest różnica, prawda? Włosy podcięte, po hennie odzyskują blask ( zdjęcia bez flesza więc nie podbijam sztucznie ich lśnienia). Powoli dochodzą do siebie, uczą się na nowo skrętu (wierzchnia warstwa wolniej, pod spodem mam świderki). Henna Orzechowy Brąz Khadi z załozenia daje chłodny efekt, jednak na moich rozjaśnianych włosach przybiera odcienie rude i muszę Wam powiedzieć że lubię się w tym wydaniu. Do tego stopnia ze planuję kolejną hennę w odcieniach czerwieni właśnie ;)
ps. kozieradkę kupicie w aptece lub sklepach zielarskich. Ja swoją mam z doz.pl KLIK

pozdrawiam
Aga