Niektóre zapachy pojawiają się w naszym życiu na długo. Zostają z nami przez lata, przypominają konkretne chwile, miejsca i emocje. Są jak mały, niewidoczny ślad naszej historii. Ale są też takie, które dopiero poznajemy i jeszcze nie wiemy, co z nami zrobią. Nie mają wspomnień, do których możemy wrócić. Dopiero czekają, aż stworzymy je razem z nimi.
A potem pojawiają się nowe zapachy. Bez wspomnień, bez historii, bez tego wszystkiego, co zdążyło się z nimi związać. I chyba właśnie dlatego są tak ciekawe.
A potem pojawiają się nowe zapachy. Bez wspomnień, bez historii, bez tego wszystkiego, co zdążyło się z nimi związać. I chyba właśnie dlatego są tak ciekawe.
La Vie Est Belle L’Elixir Very Cherry od Lancôme jest dla mnie właśnie takim pierwszym spotkaniem. To nowość, więc nie próbuje odtwarzać żadnego mojego wspomnienia. Dopiero zaczyna pisać własną historię.
Jest w nim coś, co od razu zwraca uwagę. Czarna wiśnia daje mu soczystość i charakter, ale nie jest to słodka, oczywista wiśnia, jakiej można by się spodziewać po nazwie. W połączeniu z fiołkiem i ciepłą, głębszą nutą oudu zapach staje się bardziej zmysłowy i zdecydowany. Elegancki, ale z odrobiną przekory.
I chyba właśnie ta nieoczywistość podoba mi się w nim najbardziej.
Z wiekiem coraz mniej mam ochotę wybierać rzeczy tylko dlatego, że „wypadają”. Dotyczy to również zapachów. Nie potrzebuję perfum, które mają podobać się wszystkim. Wolę takie, które coś we mnie poruszają. Czasem są spokojne i bliskie, czasem bardziej wyraziste. W zależności od dnia, nastroju, tego, kim akurat jestem.
Bo przecież zapach nie powinien nas definiować. Powinien być raczej kolejnym sposobem, żeby pokazać siebie.
A Very Cherry? Mam wrażenie, że tę historię dopiero zaczynamy.
Pozdrawiam, Aga























































